sobota, 22 sierpnia 2015

On i Ona

Zaskoczeni? Tak, to ja! Boże, na tym blogu nic się nie pojawiło od... nawet nie wiem, od kiedy. Dzisiaj postanowiłam w końcu coś Wam oddać, w podzięce za przekroczone 100 000 wyświetleń! JESTEŚCIE CUDOWNI! No cóż, nie chcę przedłużać. Zapraszam do czytania!

Dla wszystkich moich czytelników, za tę piękną liczbę na liczniku odwiedzin.

On, gdy pierwszy raz ją spotkał, widział w niej tylko małą, choć pełną potencjału, dziewczynkę.
Ona, gdy pierwszy raz go zobaczyła, wystraszyła się; przeraził ją, lecz wkrótce potem stał się dla niej autorytetem.
On uparcie ją ignorował, obrzucając inwektywami przy każdej możliwej okazji.
Ona chciała mu zaimponować.
On zawsze traktował ją z góry.
Ona z początku miała do niego dystans.

Jednak wkrótce potem zobaczyła w nim kogoś, kogo nikt inny nie był w stanie dojrzeć. Zobaczyła w nim człowieka.
Nie miała mu za złe wiecznych przytyków i obelg. Wiedziała, że w ten sposób próbuje ją zniechęcić. Szkoda tylko, że nie zdawał sobie sprawy, że mu się to nie uda.
Często wpadała na niego na korytarzach. Zaczynała się cieszyć, gdy dawał jej szlabany. Najczęściej kończyły się one tak, że zostawała u niego do późna, rozmawiając z nim o tym, co oboje tak kochali – o nauce, książkach, wiedzy, eliksirach, magii…

On z rozumem.
Ona z sercem.
On, zamknięty w sobie.
Ona, chętna do dzielenia się odczuciami.
On, izolujący się od społeczeństwa.
Ona otwarta na innych.

Czuł się w jej towarzystwie dobrze i na miejscu, jednakże szczerze się za to nienawidził. Lubił ich rozmowy, choć za cholerę by się do tego nie przyznał. Zaczął coraz bardziej zwracać na nią uwagę, mimo iż było to całkowicie nie na miejscu. Aż w końcu – sam nie wiedział, kiedy – zakochał się. Gdy się zorientował, było już za późno na odwrót.

On, znienawidzony i odrzucony.
Ona, uwielbiana i akceptowana.
On, myślący stereotypami.
Ona, rozpatrująca każdy przypadek osobno.
On, trzymający swoje uczucia na wodzy.
Ona, okazująca je całą sobą.

Były spory, były kłótnie, ale nie przestawała go kochać. Protestowała, gdy zaczynał jej mówić, że chce to zakończyć. Był człowiekiem z trudnym charakterem, ale traktowała go cierpliwie. Nie mogła mu pozwolić odejść. To by ją zniszczyło.

On, wredny, cyniczny, starający się ją odepchnąć.
Ona, ciepła, dociekliwa i uparcie dążąca do celu.
On, pozbawiony celu w życiu.
Ona, z żelaznym systemem wartości.
On, chcący o niej zapomnieć.
Ona, pragnąca na każdym kroku przypominać mu o swojej obecności.

Choć wiedział, że ich związek nie ma przyszłości, tak bardzo chciał się łudzić. Nie potrafił jednak. Z każdym dniem czuł, że kocha ją coraz bardziej. Jeśli by tak zostało, wkrótce nie mógłby bez niej żyć. A przecież nie chciał jej! Nie potrzebował!
Och, cóż. To było kłamstwo. Uzależniał się od niej. Kochał… Kochał? On nie wiedział, co to miłość… a przynajmniej tak mu się wydawało.
Powiedział jej: „nie”. Powiedział jej, że była tylko na chwilę, że jej nie kocha i jak mogła w ogóle tak pomyśleć. Skończył to, co nie miało prawa w ogóle się zacząć. Odrzucił ją niczym pierwszą lepszą zabawkę. Zranił ją, a jednocześnie także siebie, bo tak naprawdę kochał ją. Kochał, choć próbował sobie wmówić, że tak nie było.

On, kalkulujący wszystko z chłodną rozwagą.
Ona, impulsywna i wierząca w niemożliwe.
On, niepotrafiący wątpić w nią.
Ona, nigdy w niego nie wątpiąca.
On, pewny swoich racji.
Ona, pewna tylko jego.

Kwitnące brzozy powoli i posępnie kołysały się na wietrze. Tuż pod nimi znajdowała się żelazna czarna brama, prowadząca na cmentarz. Tam, przy jednym niedawno wykopanym grobie zebrała się drobna grupa ludzi.
Ona również wśród nich była. Stała z boku, odziana w czerń, twarz ukrywając pod kapturem, by nikt nie mógł dojrzeć jej pełnego bólu oblicza i łez w jej oczach.
Nikt jej nie poznał, gdy się pojawiła. Niby dlaczego mieliby się jej spodziewać? Nigdy nawet nie podejrzewali, co mogło się dziać pomiędzy nią, a jej martwym już ukochanym…
Odważyła się zrobić dwa kroki do przodu i stanęła obok wykopanego dołu, w którym już spoczywała czarna, drewniana trumna. Wyciągnęła dłoń i wrzuciła do środka czerwoną różę, przewiązaną czarną wstążką, która wylądowała na trumnie, cicho i bezszelestnie. Ludzie spojrzeli na nią krzywo, ale nie odezwali się. Zaczęli rozchodzić się do domów, a ona została sama. Sama ze swoimi myślami i nieżywym ukochanym.
Gdy zakończył ich związek, gdy kazał jej odejść, jej serce rozpadło się na milion drobnych kawałeczków. Starała się tego nie okazywać, ale i tak wszyscy widzieli, jak bardzo jest przygnębiona. Słowa, które dawno temu skierował w jej stronę, a które całkowicie ją zniszczyły, były jak nóż wbity w serce. Ale nie załamała się wtedy; wiedziała, że on ją kocha. Widziała tę miłość w jego oczach i to wystarczyło, by zaprzeczyć każdemu z kłamstw, które wypowiadały wtedy jego usta.
Spojrzała na nagrobek i zacisnęła dłonie w pięści. Tyle pozostało po jedynym mężczyźnie, którego naprawdę kochała. Pozostały także wspomnienia, ulotne i niewyraźne. Ich pierwsze spotkanie, pierwszy pocałunek, wieczne kłótnie i przekomarzanie się, zakłopotanie w jego głosie, gdy próbował mówić o swoich uczuciach… Teraz wydawało jej się, że to wydarzyło się w tak dawno, dawno temu. A przecież minął zaledwie rok.
Podbródek zaczął jej drżeć, gdy uświadomiła sobie, że jego już nie ma. Jego nie ma…
Gdzieś tam w środku czuła, że to odpowiedni moment, by się rozpłakać. Ale nie zrobiła tego. Dlaczego? Po prostu wiedziała, że on chciałby, żeby była szczęśliwa. Może rozpocząć nowe życie. Ale czy da radę?
- Kocham cię, Severusie – szepnęła Hermiona.
I zamknęła oczy.

On chciał, by pogodziła się z jego nieistnieniem.
Ona próbowała, ale wciąż nie była w stanie zapomnieć.
On kochał, choć nie przyznał się do tego.
Ona kochała, ale nie zaprotestowała.
On kochał aż do swojej śmierci.
Ona kochała i po niej.